Dzisiaj jest: 17 paĹşdziernik,2018 roku

Indonezja 2009 Komodo, Bali, Flores

"Dalej są tylko smoki"


3 listopada 2009 siedmioosobowa grupa szczęśliwców z Nototenii wyruszyła do dalekiej, tajemniczej krainy, gdzie ludzie chodzą do góry nogami, żyją smoki i istnieją rafy nie tknięte płetwą ...

 

Relacja: Ania Dobrowolska

 

Image 



Archipelag Indonezji rozciąga się między Oceanem Spokojnym a Indyjskim, między Azją a Australią, przecina Równik, a ze względu na ilość czynnych wulkanów zwany jest "Pierścieniem Ognia".  Składa się z 17508 wysp, z czego tylko 6000 jest zamieszkanych, a 81% powierzchni państwa stanowi morze. Raj dla nurków, raj dla wodniaków, ale nie tylko... Skarbnicą informacji jest niezawodny Internet, ale najbardziej na wyobraźnię podziałał artykuł zamieszczony w 5 numerze "Podwodnego Świata" autorstwa Oli Liany pt. "Komodo w krainie smoka" Ola sugestywnie opisuje cudne miejsca nurkowe, które planowaliśmy odwiedzić, ale... nawet nie marzyłam, że to właśnie Ola nam je pokaże i że popłyniemy tam jej nową, wspaniałą łodzią !

Ale po kolei, bo o wcześniejszych przeżyciach też warto wspomnieć :)

 

Przyjemności podróżowania

Warto wspomnieć o podróży. Poza stałymi, od jakiegoś czasu, problemami nurków z nadbagażem, lot sprawił nam sporo przyjemności. Na ekranie samolotowych monitorów obserwowaliśmy trasę lotu: z Warszawy "skoczyliśmy" LOTem do Paryża, stamtąd już QATARskimi liniami do Doha w Katarze, gdzie na lotnisku dokonaliśmy zakupu tanich "płynów" ;), następnie Malezja i Kuala Lumpur i wreszcie Denpasar na Bali. Dopieszczeni przez uprzejmy i bardzo cierpliwy personel (zwłaszcza w serwowaniu pysznych napojów rozweselających ;) w katarskim samolocie, po obejrzeniu paru filmów z najnowszego repertuaru kinowego. Wyspani i nakarmieni, wpadliśmy wprost w ramiona naszego rodaka. Paweł, znany tu jako "Pablo", odtransportował nas do małego, wygodnego hoteliku w Kucie, nad samym brzegiem Oceanu Indyjskiego. I choć było już ciemno i po godzinie dwudziestej, wyruszyliśmy plażą, wzdłuż licznych hoteli, do centrum.

 

Jesteśmy milionerami

Wymieniliśmy dolary na rupie po kursie 1 do 9450 i jako milionerzy ;) zostaliśmy zaatakowani przez tubylców uzbrojonych w ... jadłospisy :) Trafiliśmy do centrum gastronomicznego i otaczały nas miejscowe fastfoody oklejone zdjęciami smakowicie wyglądających potraw. Były to głównie ryby i owoce morza, czyli to, co lubimy najbardziej! No i jeszcze całkiem niezłe miejscowe piwko BINTANG (25000 rupii) i świeże soki z owoców. Pysznie i tanio. Spróbowaliśmy też indonezyjskich cienkich papierosów z filtrami o różnych smakach i zapachach, np. cynamonu, kawy, wanilii. Popularne cygaretki zwane "kretek" o goździkowym smaku uchodzą za lekarstwo na kaszel i zawierają dziesięciokrotnie więcej nikotyny niż europejskie papierosy! Wieczór w basenie i na leżakach. Ciepłe, pachnące, przyjemnie wilgotne powietrze, kwiaty, szelest liści palmowych, cienie nietoperzy, rechot ropuch i dochodzący z pobliskich zarośli krzyk gekona - charakterystyczne gee-kooo.

I nic nas nie atakuje ?!

Wyobrażałam sobie te roje krwiożerczych moskitów, much i innych "gryzoni", od których musi się roić w tropikalnym kraju. Aż szkoda kłaść się spać! W Polsce dopiero osiemnasta, ale jutro o siódmej pobudka, a to będzie północ według czasu środkowoeuropejskiego, więc warto posłuchać głosu rozsądku.

 

Bali w pigułce

Punktualnie o 8.30, pięknie ubrany w sarong i tradycyjną czapeczkę, miejscowy przewodnik Mister Made, wesoły i rozgadany (w języku angielskim), zabiera nas do busa i zapoznaje z wyspą. Bali ma zaledwie 140 km długości i 80 km szerokości, ale jest co podziwiać. Teren jest górzysty, wiele czynnych wulkanów (najwyższy Agung 3142 m n.p.m.), długie piaszczyste plaże, oryginalna kultura, religia, sztuka. Droga wiedzie nas na szczyty, ponad plantacjami ryżu, kawy, kakaowca, tropikalnymi lasami kipiącymi bujną zielenią drzew liściastych, owocami i kwiatami. Za ogrodzeniami widać najczęściej dwa, trzy malutkie domki - każde pokolenie musi mieszkać w osobnym domku!, a między nimi po kilka małych ołtarzyków ozdobionych kolorowymi tkaninami, kwiatami, parasolkami, z dymiącymi kadzidełkami. Przy domach mają też swoje miejsce spoczynku zmarli członkowie rodziny. Mr Made opowiada o kastowym społeczeństwie, wierzeniach. Bali w większości zamieszkują wyznawcy hinduizmu, a raczej jego miejscowej odmiany - dharma. Stąd tyle ołtarzy stawianych różnym bóstwom, a na niektórych są tylko puste trony dla duchów, które przekupuje się ofiarami-podarkami. Na małych tackach układane są główki kwiatów, ryż, jakieś listki i zapalane kadzidełka. Dlatego wyspa sprawia tak bajeczne wrażenie - jest pachnąca, kolorowa i tajemnicza.

 

 

SANGEH - Małpi Las i Świątynia PURA BUKIT SARI

 

Image

 

W MONKEY FOREST poczuliśmy się jak dzieci. Małe rezusy były ciekawskie, wesołe i wydawały się szczęśliwe skacząc w gąszczu drzew i ludzi. Cierpliwie pozowały do zdjęć, nawet w intymnych uściskach ;) Poradzono nam wcześniej zdjąć biżuterię, pilnować okularów i aparatów fotograficznych, które czasami padają łupem małych, zwinnych złodziejek. To był bardzo przyjemny spacer w cienistym, liściastym lesie i w zabawnym towarzystwie.

Ciekawa była też świątynia PURA BUKIT SARI. Żeby wejść na jej teren musieliśmy założyć pożyczone u wejścia sarongi. Podziwialiśmy kamienne rzeźby bożków i współczesnych pracowników mozolnie odtwarzających płaskorzeźby na świątynnym murze.  Bali nazywana jest "wyspą świątyń" i w czasie naszej krótkiej wyprawy widzieliśmy kilka. Niestety, bliżej zdążyliśmy poznać tylko trzy z nich.

Pod wulkanem

Ograniczony czas wycieczki nie pozwolił nam zajrzeć w czeluść krateru wulkanu BATUR(1717m n.p.m.) i popluskać się w gorących źródłach. Podziwialiśmy stożek i leżące u jego stóp jezioro, zajadając przepyszne potrawy z bogato zastawionych szwedzkich stołów, popijając chłodne piwko Bintang.

Straszne obżarstwo!

Ale po obiedzie - uczta dla ducha.

 

Świątynia w chmurach

Dalej wspinaliśmy się w górę, w kierunku ciężkich, granatowych chmur. I w końcu nagroda - bajeczny widok. W BEDUL wkroczyliśmy w mistyczny świat świątyni ULUN DANU. Na brzegu jeziora BRATAN (2020m n.p.m.), otulona kwiatami i deszczowymi chmurami zachwycała od wieków wiernych i turystów. Słońce wydobywało z morza zieleni jaskrawe barwy kwiatów,  wyrafinowane kształty świątynnych budowli i ich zdobienia. Tam też zdumiał nas dowód równouprawnienia kobiet - pracowały na budowie na równi z mężczyznami, nosząc na głowach stosy cegieł!

 

Cuchnący durian

Na przydrożnym straganie z owocami znaleźliśmy słynącego ze swojego smrodliwego zapachu duriana.  Hotele zabraniają wnoszenia go do środka! A my odważyliśmy się go spróbować :)  Jest większy od największego ananasa, o kolczastej, zielonkawobrązowej skórce. Smrodliwy "zapach" nadpsutego mięsa podobno wynagradza doskonały smak. Dla mnie i konsystencja, i tłusty, lepki, słodkawy, o czosnkowej woni owoc jest cały odrażający. Ale niektórym smakował... Natomiast mnie bardzo zasmakował mangostan, którego widziałam pierwszy raz. Jest wielkości małych jabłek, kolor bakłażana, a wewnątrz w niejadalnym miąższu białe cząstki jak ząbki czosnku, soczyste i słodkie.

 

 

Deser nad oceanem

 

Image

 

Podziwianie BALI kończymy na jej południowym brzegu mocnym akcentem. Jest to zachód słońca nad Oceanem Indyjskim podziwiany z klifowych brzegów, przy malowniczej świątyni TANAH LOT. I kontury świątyni na tle purpurowego nieba. To bardzo ważne dla Balijczyków miejsce ze świętym źródłem. TANAH LOT zbudowano na skale dostępnej tylko w czasie odpływu. Zapamiętamy też nietoperza wypatrzonego przy ruchliwym deptaku prowadzącym nad morze, wiszącego do góry nogami, śpiącego, otulonego własnymi skrzydłami o długości ok.50 cm! Grzbiet miał pokryty ciemno rudym zmierzwionym futerkiem, a mordka przypominała wydłużony pysk psa. To endemiczny gatunek "giant rat". Wycieczka pozostawiła uczucie niedosytu. To zaledwie przedsmak tego, co można tu znaleźć. Warto wrócić, by zobaczyć więcej balijskich niezwykłości, choćby słynny taniec cieni, poznać uprzejmych, uśmiechniętych mieszkańców wyspy.

 

Ale nas wzywa już PODWODNA PRZYGODA. 

Jeszcze więc miły wieczór nad basenem w towarzystwie Pabla i Magdy - współwłaścicielki łodzi, na której jutro wyruszymy na safari. Ich ciekawe opowieści i anegdoty odpędzają sen i pozwalają lepiej zrozumieć i więcej dowiedzieć się o Bali i ich mieszkańcach, a także o urokach życia naszych rodaków na tych dalekich egzotycznych wyspach. 

 

Lalunia

 

Image

 

Rano małym samolocikiem z Denpasar lecimy na Flores, z góry podziwiając małe wysepki, wśród których już może dziś będziemy pływać i nurkować. 

Sama Flores też zapowiada się interesująco. Ludność żyje tu tradycyjnie, cywilizacja tylko w niewielkim stopniu zmieniła jej oblicze. Wnętrze wyspy jest dzikie i niedostępne. Góry o maksymalnej wysokości 2399m n.p.m. pokrywa nieprzebyta dżungla. Na zachodnim brzegu wyspy w stanie dzikim żyją dragony! Tam też w jaskini LIANG BUA w 2004 roku znaleziono hominida o wysokości ( czy raczej niskości ;) 1 metra sprzed 11000 lat przed naszą erą.  Lądujemy na miniaturowym - jeden barak - lotnisku w Labuan Bajo. Ta nazwa już zawsze będzie  wywoływała stan rozmarzenia :) Czeka na nas bus i po paru minutach pakujemy swoje bagaże na dużą drewnianą lodź, która lawirując między łodziami stojącymi na kotwicach, podpływa do "naszej". Łodzie różnią się od egipskich przede wszystkim rufami - te są wysokie. Nurkuje się z długiej drewnianej łodzi, gdzie pośrodku są gniazda na butle z całym sprzętem. Okazuje się to bardzo wygodne i bezpieczniejsze, niż wchodzenie w sprzęcie na rozbujany ponton. Łodzie mają wydłużone, rozbudowane kosze dziobowe i przyciężkie nadbudówki, jedno lub dwupoziomowe. "Lalunia" jest najzgrabniejsza! Świeżo pomalowane na kremowo burty, wszystko nowe, z grubego, solidnego drewna. A na środkowym pokładzie po prostu raj -  pod daszkiem z bordowego brezentu parę materacy w takim samym kolorze, leżaki i hamaki!

 Wita nas Ola z zaokrąglonym brzuszkiem (9 miesiąc ciąży) - "szefowa" i właścicielka łodzi. Cicha i skromna, ale jakże skuteczna w zarządzaniu tym pływającym królestwem! Wita nas pysznymi, schłodzonymi pucharami soku z mango :) Od razu czujemy się "dopieszczeni" i tak już będzie do końca rejsu. Zajmujemy dwuosobowe kabiny - surowo wyposażone, ale wygodne, z wielkimi łożami. Na korytarzu dwie łazienki.

 

Podwodny młynek

Pospiesznie wypływamy, żeby zdążyć przed zmierzchem zrobić check dive. Po półtoragodzinnej żegludze stajemy na boi koło małej wyspy. Sprzęt już sklarowany, więc wskakujemy o zachodzie słońca po raz pierwszy zajrzeć pod powierzchnię Oceanu Indyjskiego. Nurkowanie szybko zamienia się w nocne, a początkowo słaby prąd w coraz silniejszy. Rzuca nami w górę, w dół, miksuje grupę. Większość z nas jest niedoważona, więc prąd kręci nami jak w młynku. Jest zabawnie i mamy przedsmak walki z oceanicznymi pływami.  Karkołomne akrobacje tak nas pochłaniają, że ledwie zauważamy podwodny świat. A rafka jest zachęcająca! Duże okazy koralowców i gąbek, ale najbardziej są widoczne bardzo liczne i bardzo kolorowe liliowce. Ryb niewiele. A później wieczorne Polaków rozmowy. Z wielkim zainteresowaniem słuchamy opowieści Oli. Odbyła długą drogę z Krakowa, skąd nie mogąc znaleźć pracy po prawie na Uniwersytecie, wyruszyła w świat. Uwielbiała nurkować i dzielić się tą pasją z innymi, więc pracowała jako dive master w Meksyku, na Malediwach i w końcu, od czterech lat,  w Indonezji, gdzie została współwłaścicielką jednej łodzi, a następnie drugiej, większej - tej, na której właśnie zaczynamy naszą podwodną przygodę jako druga grupa.

Łódź została zbudowana na bazie kadłuba łodzi cargo. Ola zdobyła wielki szacunek miejscowych pracowników i swojej obecnej załogi ciężko pracując i osobiście zarządzając budową łodzi i porozumiewając się płynnie tutejszym językiem. My też patrzyliśmy z wielkim podziwem na ładną, drobną dziewczynę, która tak wiele dokonała w tym dalekim kraju, i nie straciła nic z kobiecego uroku i pasji życia. Leżąc na dachu sterówki wypatrujemy znajomych konstelacji wśród wyjątkowo jasnych i licznych gwiazd. Szukamy Krzyża Południa, którego nie widać na "naszym" niebie, nad północną półkulą. Ale musielibyśmy czekać do godziny trzeciej. Wkrótce naszą uwagę absorbuje wschód księżyca zza wzgórza na wyspie. Jest pełnia i woda rozświetla się wielką złocistą łuną. Na próżno miejscowi "biznesmeni" próbują nas zainteresować sznurami różnokolorowych hodowlanych pereł i drewnianymi maskami. Cumują przy naszej burcie swoją długą wąską łódką i wpatrują się w nas z ciekawością bardziej, niż z nadzieją na zarobek. Dla nich my też jesteśmy egzotyczni ;)

A my patrzymy wysoko, zachwyceni bliskością gwiazd...

Szkoda spać w taką noc, ale jutro znów czeka nas intensywny dzień. Jeszcze nie przyzwyczailiśmy się do nowej strefy czasowej...

 

Image 

 

Rekiny. Delfiny. Salsa

O szóstej budzi nas słońce. Wszyscy śpimy na pokładzie. Zdjęcia będą nam przypominać ten pierwszy cudowny świt między wyspami na cichym sennym oceanie. Krótki briefing. Sam, nasz miejscowy przewodnik (z wyspy LOMBOK) mówi bardzo wyraźnie po angielsku. Pierwszy nur na słynnym CASTLE ROCK. Spadamy szybko na 25m, bo jest bardzo silny prąd. Wpadamy w stado rekinów! Krążą dookoła, paradują przed nami, a my tylko obracamy głowy, żeby nic nie stracić z rozgrywających się dookoła scen. Tu wszyscy na kogoś polują. My na wszystkich - z fotoaparatami ;) Jest dużo dużych ryb, zwłaszcza giant travellies, napoleonów i ogromne ławice małych, mieniących się tęczowo fusilerów. Tak nas absorbuje to widowisko, że prawie nie zauważamy statycznie tkwiących na dnie wspaniałości. A jest się czym zachwycać! Ale te rekiny! Trzeba się napatrzeć!!! Rozpoznaliśmy szare white cheek, whitetip, blacktip reef shark i inne trudne do rozpoznania, mniejsze i ponad dwumetrowe. Po wynurzeniu uśmiechy nie znikają z naszych twarzy. I tak już będzie do końca safari. A nawet do końca naszej wyprawy! :) :) :)

Śniadanko smakuje wyjątkowo. Po krótkim odpoczynku następna porcja wrażeń. Z tej samej zatoczki płyniemy na

 

CRISTAL ROCK.

Słońce już wysoko, więc urzekają nas intensywne barwy rafowego ogrodu. Teraz już nie można zignorować wybujałych okazów koralowców w przeróżnych kolorach, jak np. jaskrawozielone "krzewy", błękitne "gałęzie", różowe, czerwone, żółte "bukiety kwiatów". To najpiękniejszy "ogród" jaki kiedykolwiek widziałam! Prąd bardzo silny, ale już nas nie zaskoczy. Pozwalamy się unosić, leniuchujemy, albo wykorzystujemy do zabawy. Tańczymy z ciekawskimi żółwiami. Zwłaszcza interesuje je oko dużej kamery naszego Toporka . Na pewno będą piękne filmy!  Rekiny też nas nie zawodzą. Podpływają na parę metrów, ale nie wzbudzają strachu. Poruszają się powoli i zerkają na nas z ciekawością. Pewnie, tak jak my, są po obfitym śniadaniu ;)  Piękne miejsce! Towarzyszy nam uczucie euforii, choć głębokości są niewielkie :) Przerwa na "plażowanie", obiadek i - znowu odpoczynek.

Pyszne to jedzonko! Najczęściej dostajemy kawałki ryby (barrakuda) przyrządzanej na różne sposoby, ryż, makaron, półmisek świeżej kapusty z avokado, ananasem, cebulą, jakieś duszone warzywa i świeże napoje owocowe. Bardzo nam smakowało - trudne do rozpoznania - zmiksowane, mocno schłodzone i podane w pucharach ze smużkami czekolady, avokado.

Trzecie nurkowanie z drugiej strony wyspy, na LIGHT HOUSE. Jest po siedemnastej, więc "light" jest już słabe. Prawie cała trasa w szybkim, ale przyjemnym dryfie. Zauważamy miejscową piękność - red firefish -  czterdziestocentymetrowa, podobna do skrzydlicy, intensywnie czerwona w białe paski, z rozpostartymi skrzydłami. Znowu żółwie i sporo innych ryb. A pod koniec delfiny!!! Pięć sztuk nad naszymi głowami tuż pod powierzchnią. A my na 10 metrach! Najmniejszy skierował się w naszą stronę, ale pewnie wezwali go bracia, bo zrezygnował z towarzystwa ludzi i stadko zniknęło w błękicie. Ale wrażenie pozostało :)  Zaraz po wynurzeniu i szybkim przebraniu płyniemy na brzeg i prawie wbiegamy na górę, żeby zdążyć na zachód słońca.

Magda - nasza przewodniczka - nazywa to wzgórze Pewniak 2, ponieważ niezawodnie wychodzą tu przepiękne zdjęcia. Wrażenie robi na nas widok mieszających się u naszych stóp, między dwoma wyspami, wód dwóch oceanów - Spokojnego i Indyjskiego. Wody łączą się w rwącą rzekę. Jutro tu zanurkujemy! Na łódkę niektórzy wracają wpław w trochę niekompletnych strojach - nie zabraliśmy kostiumów, a woda tak kusi... Ale jest już całkiem ciemno. I jeszcze "babska" kąpiel przy burcie. Sesja fotograficzna. Robimy piękne "gwiazdy" i ... "rozgwiazdy" ;) A po kolacji - skąd mamy tyle siły?! - nauka salsy u instruktorki Magdy. Zdolna jest, bo udaje się opanować krok podstawowy, ale te obroty...! Do końca rejsu pokonamy! Teraz już naprawdę zasłużyliśmy na odpoczynek.

 

Szybka jazda

I znowu pierwszy nur tuż po wschodzie słońca w przesmyku zwanym PASSAGE KECIL, w prądzie między wyspami GILILAWA DANAT a GILILAWA LANT. Po spokojnym przydługim początku nad koralowym stokiem nagle nabieramy szaleńczego przyspieszenia. Zauważamy nad nami orlenia, ale zostaje za nami, a my pędzimy! Już wiemy, że zostaliśmy porwani przez prąd między wyspami. Piękny widok: na środku pofalowany biały piasek, a brzegi bujnie pokryte wielkimi, świetnie odżywionymi koralami. Krajobraz przesuwa się w ekspresowym tempie. Staramy się trzymać lewej strony, żeby nie przegapić polecanego przez Olę wąwozu. I jest! Rzeczywiście przepiękny! Tu też silny prąd. Trzeba się nieźle namachać, żeby do niego wpłynąć i wypłynąć. A na końcu przesmyku jeszcze jedna atrakcja - nasza wyczekiwana pierwsza manta :) Porusza się majestatycznie, jakby prąd na nią nie miał wpływu. Ale my musimy się pilnować, żeby nurt nie porwał nas na środek zatoki, więc odbijamy w lewo w kierunku brzegu i czujemy, jak prąd słabnie. Drugi nur to powrót na CRISTAL ROCK. Jeszcze nie raz chciałoby się tu wrócić!  Ola jest zaskoczona, że przy wspólnym planowaniu miejsc, w których chcielibyśmy zanurkować, wybieramy te z pewnym silnym prądem. Większość grup nurkowych prosi o spokojniejsze nurkowania. Ale my wiemy, że poza frajdą zabawy w prądzie mamy też gwarancję spotkania wielkich ryb. Nasze zmysły oswajają się z otoczeniem, a ciało z prądami. Coraz więcej szczegółów wyławiamy z podwodnego świata. Chociaż już znamy to miejsce, to tym razem jeszcze więcej wrażeń. Stoimy jak na arenie na skraju podwodnego półwyspu i podziwiamy różnorodność dużych ryb - są napoleony, różne odmiany okazałych groperów,  codów i rockcodów w kropki i paski, snapperów, efektownych żółto-czarnych półmetrowych sweetlip, papugoryb, a przede wszystkim - nadal robiących na nas największe wrażenie - rekinów. A na deser znowu delfiny niezmiennie wywołujące radość i wzruszenie.

I drugie nurkowanie na CASTLE ROCK też zachwycające - żółwie i rekiny. To norma w tych wodach ?! Pod koniec spotkaliśmy cztery czterdziestocentymetrowe mątwy. Zademonstrowały nam swoje możliwości wyrażania uczuć i kamuflażu poprzez zmiany barwy i "pulsujące" oczy.

 

Wieloryb???

 

Image

 

Po trzecim nurkowaniu zaplanowaliśmy trekking po Komodo. Niespodziewanie nasza wycieczka zamieniła się w ....pogoń za WIELORYBEM ! Ach, ta NOTOTENIA ma wyjątkowe szczęście lub doświadczone oko Maćka ! Nawet nie marzyliśmy o takim spotkaniu... Podpłynęła łódź z czterema strażnikami Narodowego Parku Komodo, uzbrojonymi w karabiny. Transportowali nas na brzeg, gdy nagle wypatrzyliśmy nad powierzchnią morza fontannę wody i cielsko płetwala. Bez trudu strażnicy dali się namówić na pogoń za wielorybem. Staraliśmy się odgadnąć, gdzie się wynurzy i jak najbardziej zbliżyć z naszymi wysuniętymi obiektywami. Zabawa w kotka i myszkę trwała chyba z godzinę. Wieloryb sprawiał wrażenie, jakby stracił orientację i nie wiedział, którędy wypłynąć na otwartą wodę. Wynurzał się w coraz to innej zatoczce, przy którejś z kilku pobliskich wysp. Ze strażnikami prawie się zaprzyjaźniliśmy, na tyle, że pozwolili się fotografować z ich karabinami. Odwdzięczyliśmy się butelką, której widok bardzo ich ucieszył  :) A my w towarzystwie innej butelki, jak na ludzi morza przystało, pełnej zmrożonego rumu, spędziliśmy kolejny wieczór na łodzi, dzieląc się gorącymi wrażeniami i trofeami (czyt. fotkami) z polowania na wieloryba. Nad Komodo wschodził czerwony księżyc, wokół czaiły się smoki. Potrafią też pływać, a brzeg blisko...

 

Nowy dzień, nowy kanał

Znowu kanał z rwącym prądem, tym razem przy Komodo. Miejsce to zwane jest GOLDEN GAKE  lub PASSAGE BESAR. Dryfujemy wzdłuż dwu, trzymetrowej skarpy udekorowanej przebogatymi draperiami porostów, na dnie miejscami jasny piasek, ale w większości porośnięty kolorowymi koralowymi skarbami. Próby zatrzymania się przy skałkach najczęściej nieudane, więc pędzimy bez walki. Mijamy stado "bawołów", czyli pennantfish dorastających do 130cm, napoleony, poletko eelsów i jeden metrowy bialo-czarny eel, nie licząc setek innych, nierozpoznanych ryb.

 

 

Manty!

 

Image

 

TAKA MAKASAR czy KARANG MAKASAR znaczy dla nas jedno - pewne spotkanie z mantami! Wyskakujemy przy maleńkiej wysepce namorzynowej z białą plażą. Prąd normalny, czyli dość silny. Dno pokryte gruzem koralowym, niewielkimi kamieniami, pojedynczymi grupami korali. Nic ciekawego I nagle na dnie pojawiają się duże cienie. Tak, to nasze wymarzone manty! My na ośmiu metrach próbujemy się utrzymać przy dnie i zadzieramy głowy chłonąc niezwykły widok. Przepływają nad nami, jedna za drugą, powoli, majestatycznie, jak na zwolnionym filmie. Możemy się bardzo dokładnie przyjrzeć. To niezapomniany widok! Jest ich kilkanaście. Niektóre zniżają lot do naszego poziomu.  One też zaciekawione są naszą obecnością, zwłaszcza ostatnia - bohaterka filmu Toporka, za którą popędził ze swoją wielką kamerą. Goniłyśmy też ja i Magda z naszymi niewielkimi aparatami uwieczniając całą akcję. Żal było się z nimi rozstawać... I jeszcze ostatnie nurkowanie tego dnia, przy tej samej wysepce. Miejsce zwane PULAU BAKAU lub MANGO REEF. Kolorowo, ale słaba widoczność - dużo glonów. Jakiś rekin, parę żółwi. Normalka. Cóż mogło przebić spotkanie z mantami? Może spotkanie ze smokami...?

 

Wieczór z dreszczykiem

Słońce szybko chyliło się ku zachodowi, więc nie zdejmując pianek podpłynęliśmy łodzią pod brzeg Komodo. Znaleźliśmy lukę w lesie namorzynowym okalającym wyspę. Liczyliśmy na spotkanie z waranami. Ale może lepiej, że się nie udało..? Za to spotkaliśmy "bezpieczne" zwierzaki. Na początek czarna świnka, która czmychnęła szybko i zwinnie w zarośla. Dalej pasły się trzy jelenie. Też rozpłynęły się w zieleni I jeszcze jedna świnka. Chyba instynkt podpowiadał tym zwierzakom, że trzeba uciekać, bo zbliżają się drapieżniki z NOTOTENII. Inna świnka nie miała tyle szczęścia... ;) Ale o tym później... W wysuszonej trawie porastającej wyspę wiele było ścieżek wydeptanych przez zwierzęta. Pojedyncze drzewa dawały cień. Nie widać było śladów działalności człowieka. Ani smoków ;) Podziwialiśmy za to zachód słońca między wzgórzami Komodo. Wieczorem śledziliśmy mrożące krew w żyłach wyczyny Jacquesa Coustou i jego nurkowej ekipy na filmie nagrodzonym w Cannes. Wiele zwierząt poniosło ofiarę w imię nauki lub pod pretekstem badań naukowych! Ale coś jeszcze wywoływało w nas dreszcz grozy. To dźwięki, podejrzane odgłosy, które wydawała cała NASZA ekipa nurkowa. Były to pochrząkiwania, pokasływania, kichanie i inne nieartykułowane dźwięki. Wszyscy zostaliśmy poczęstowani jakimiś bakteriami lub wirusami przywiezionymi przez Magdę z Warszawy. Dzieliliśmy się "gryzami", łykami i teraz prawie każdy miał już problemy z wyrównaniem ciśnienia przy nurkowaniu. I to, że możemy stracić jakieś nury wywoływało w nas największe przerażenie!  Całe szczęście, że byliśmy pod opiekuńczymi skrzydłami naszej "doktórki" - specjalistki od medycyny nurkowej - Basi. A większą część jej nadbagażu stanowiła bogato wyposażona apteczka :)

 

Pralka Frania

BATU BOLONG to miejsce, które na pewno zapamiętamy. "Washing machine" nazywa obrazowo tutejsze prądy Sam. Ola ostrzega - prądy "zakręcone", wciągają do dna, wypluwają na powierzchnię, tworzą studnie, kominy, korkociągi. Brzmi atrakcyjnie :) Ale rok temu zaginął tu doświadczony dive master, a i Ola przeżyła niebezpieczną sytuację. Może więc lepiej zachować ostrożność... Nad powierzchnią wystaje skałka, która pod wodą rozszerza się w strome zbocze. Spadamy na maksymalną głębokość po stronie stoku osłoniętej od prądu. Po obu stronach wzgórza widać skręcone, długie wąsy prądów. Jest sporo planktonu, więc wyraźnie widać ruch wody. Z dwudziestu paru metrów zygzakiem "wspinamy" się w kierunku powierzchni. Przepiękne korale, im płycej tym piękniej. Żółwiom też się tu podoba, bo spotykamy ich kilka, także skrzydlice, napoleony i stada pstrokatych butterflyfish i coralfish. Ale największą atrakcją jest zaglądanie poza krawędź stoku, gdzie nawet z dużymi rybami prądy wyprawiają przedziwne ewolucje. Musimy się mocno trzymać skały, żeby z nami nie zrobiły tego samego.

Zapamiętamy też TATAWA KECIL. Początkowo przyjemny prąd, mały śpiący na piasku rekinek, żółwie...  Naszym celem jest niewielka, ale podobno piękna, jaskinia. Płyniemy przy stoku i w pewnym miejscu musimy wpłynąć w wąwóz, ale prąd tu strasznie przyspiesza i wypycha z powrotem. Rafa jest tak gęsto porośnięta, że nie ma się gdzie chwycić. Udaje się wpłynąć ze dwa metry w głąb, ale zaraz prąd wyrzuca mnie nad wąwóz. Znów parę minut ostrej walki do zadyszki i jestem na utraconej pozycji. Przy skale Magda próbuje się utrzymać. Mam nadzieję, że trzyma się mocno, a ja nie mam za co złapać (tylko jedna pożyczona rękawiczka, a w ręku latarka i aparat foto), więc łapię Magdę za ramię. Jednak nie miała pewnego uchwytu, bo razem zostajemy "wyplute " z kanionu! Uspokajam oddech, zbieram siły i nowy atak. Nie widać już nikogo z naszej grupy. Bardzo powoli przesuwam się do przodu ciężko łapiąc oddech i gdy już wydaje się, że nie mam szans w tej walce, czuję mocne pchnięcie od tyłu. Rekin??!!! I jeszcze jedno. I już jestem w jaskini. Oglądam się za siebie, a tam nasz niezawodny Prezes Maciek ze swoją wielką kamerą, czuwa nad swoim stadkiem i zagania jedną ręką... Posyłam podwodnego buziaka :) Jaskinia warta takiej walki, kolorowa, z prześwitami na wielki błękit. Ale z emocji zapomniałam o fotografowaniu.

Następny nurek na SIABA KECIL EAST. Pięknie, ale spokojny prąd, więc nudno... ;)

 

Wkręcanie Magdy :)

Na TATAWA BESAR piękne ogrody, ale słaby prąd, a my przyzwyczajeni do mocnych wrażeń, więc Paweł i Rysiu udają rekiny i napadają na Prezesa Toporka. Zakręcanie butli, odłączanie inflatora. Zwyczajne podwodne zabawy :) A wyhodowana na pokładzie bestia zbiera już pierwsze ofiary. Już trzy osoby z grupy nie nurkują - problemy z uszami, gardłem. Kichamy już wszyscy i plujemy zielonymi glutami :(  Ale humory dopisują! TATAWA KECIL - nic szczególnego - jak wszędzie pięknie, ale brak rekinów. Najpiękniej na zakończenie nurkowania, gdzie na trzech metrach w niewielkim prądzie buszowaliśmy między koralowymi blokami i fotografowaliśmy każdy kawałek, bo wszystko było przecudne, ozdobione ławicami małych jaskrawych rybek. Tu, precyzyjnie wpływając między głazy, odebrała nas łódź. Dalej, gdzie w pierwszej wersji mieliśmy się wynurzyć "kudłacił" się silny prąd.

SIABA KECIL WEST zapamiętamy z powodu niezwykłych barw. Płynęliśmy wzdłuż bardzo łagodnego stoku z niskimi zaroślami w typowo jesiennych barwach polskiego ogrodu - żółcie, brązy, czerwienie, wyblakłe zielenie. Prąd wynosi nas na morze. Sam na przystanku bezpieczeństwa rysuje na tabliczce jakąś mapkę. Prąd jest nietypowy, więc zaznacza jego bieg. Lodź czeka przy wyspie, a my przy wystrzelonej przez Sama bojce. Szybko zostajemy wypatrzeni przez bystrą załogę. Kotwiczymy przy wyspie o nazwie RINCA. To najpewniejsze miejsce na spotkanie waranów. Jutro o 6 pobudka i dwugodzinny trekking po wyspie. A na razie podziwiamy krajobraz. Dookoła parę wysepek otoczonych namorzynami, parę łódek rybackich. Może uda się kupić ryby, bo okazało się, że zjedliśmy już barrakudę i dziś pierwsza kolacja bez rybki. Za to dostajemy pyszną zupkę, jajka na twardo smażone w panierce i polane sosem pomidorowym (niezłe ) i jeszcze kotlety z kiełków i kukurydzy. Naprawdę smaczne! Już całkiem ciemno. Z wyspy dochodzą dziwne dźwięki. Rozpoznajemy głos gekonów, słychać też jakby ptasie krzyki, jakieś pomruki I wtedy męska część naszej grupy wpada na pomysł nocnej wyprawy na wyspę, na warany!  Z powagą planują, jak tam dotrą, jak przebrną przez las namorzynowy. Popłyną wpław, wezmą z sobą największą nurkową latarkę, żeby mogła służyć do obrony przed wielkimi jaszczurami. Ola oferuje swoją maczetę. Magda jest oburzona! Zabrania kategorycznie! Wzburzona tłumaczy, jakie to niebezpieczne i głupie. Apeluje do Oli, żeby im wytłumaczyła i zakazała. A Ola, bez zmrużenia oka, tłumaczy się, że wcześniej nieopatrznie im obiecała, więc nie może złamać słowa. Toporek i Paweł z latarką wskakują do wody i znikają w ciemnościach. Maczetę wcześniej dyskretnie ukryli pod materacem. Magda nerwowo pali papierosa i wpatruje się w ciemność. Uwierzyła! Ale wszystko zostaje wybaczone i zakończone wielkim śmiechem :)

 

 

Smoki atakują!

 

Image

 

Pobudka o świcie. Uzbrajamy się kamery, okulary, kapelusze i wyruszamy na spotkanie ze smokami. Następuje to szybciej, niż się spodziewaliśmy, bo już pod chatkami nielicznych tu mieszkańców. Początkowo mamy trudności z wypatrzeniem dwu, trzymetrowych jaszczurów  o barwie piaszczystej ziemi. Najbliżej, trzy metry od nas leży samica, która ma uszkodzoną nogę po walce z innym waranem i jest dokarmiana przez ludzi. Inne warany zauważamy też blisko, dopiero po tym, jak się poruszą. Jest ich tu kilka. Czasami któryś leniwie przestawi kończynę. Nagle jeden trąca drugiego i dostają błyskawicznego przyspieszenia. Gonią się i wtedy dołączają pozostałe. Całe stado rusza w naszą stronę. Nie czekamy! Rekordowo szybko wpadamy na tarasy stojących na palach chatek! A podobno nie wolno przed nimi uciekać!  Ale jak można nie uciekać?! Ktoś to potrafi?? Pewnie gdyby chciały nas dogonić, bylibyśmy bez szans. Energia smoków wyczerpała się tak nagle, jak wzbudziła. I znowu tkwiły nieruchomo, leniwie unosząc powieki. Niezły początek. Co będzie dalej? Dostajemy sympatycznego przewodnika o imieniu Fion. Wygląda profesjonalnie w wysokich traperskich butach, z dwumetrowym, rozdwojonym na końcu kijem. W taki kij zostaje też uzbrojony nasz Sam. Mamy świetnie uzbrojonych obrońców ;) Wąską ścieżką wchodzimy w gąszcz drzew liściastych splątanych lianami. Już po paru minutach marszu mamy szczęście - na pniu grubej palmy wypatrujemy gekona i kobrę.  Kawałek dalej pasie się bawół - dziki pokarm dla waranów. Nie zwraca na nas uwagi. Mijamy piaszczyste wzgórze z kilkoma otworami i ...smoczycą zerkającą czujnie. To samice pilnują dołków, a w jednym z nich są smocze jaja. Lepiej jej nie drażnić! Nad prawie wyschniętym strumieniem dwa warany udają korzenie drzewa. Obok przebiega czarna świnka, ale one nie reagują. Fion wyjaśnia, że parę dni temu zjadły bawoła, więc nieprędko będą głodne. Teraz leżą i trawią. Po naszej ścieżce kroczy dość energicznie trzymetrowy jaszczur. Nie będziemy walczyć - zbaczamy na inną dróżkę. I natykamy się na leżącego bawoła - może już zarażony śmiertelną dawką śliny warana? Z lasu wchodzimy w sawannę, gdzie tylko pojedyncze drzewa dają troszkę cienia. Choć dopiero dochodzi 10 rano, już straszny upał i dokuczają muchy. Pokonujemy pagórki z pięknymi widokami. Słychać pokrzykiwania małp. Kilka udaje nam się wypatrzeć. A przy końcu trasy żegna nas cała wesoła gromadka małpek. Całkiem sporo wrażeń jak na poranek :)

 

Ostatnie nurki

Silnik łodzi zastrajkował, więc nurkujemy przy najbliższej wysepce. Miejsce zwane jest WAE NILU.  Po zanurzeniu czujemy się, jakby magiczna machina czasu przeniosła nas do polskiego jeziora - mętna, zielonkawa woda, piaszczyste dno, co parę metrów kępka jakiś porostów i ... brak ryb! Gdy w końcu wypatrujemy jakiegoś ślimaczka, "ribbon gear" (długości 10cm wystający z dna czarny "patyczek" z rozdziawioną mordką), skrzydlicę, nadymkę czy małego korala - jesteśmy zachwyceni ;) Doceniamy piękno tutejszych raf i tęsknimy już za "normalną". I następne nurkowanie nie zawodzi. To PENGAH dostarcza nam mocnych przeżyć. Jak się później okazuje, każdy miał jakąś przygodę :) "Spadamy" przy ściance. Widoczność słaba, szaro mętnie, nie widać dna. A my osiągamy maksymalną (dozwoloną ;) głębokość. Ale możliwie szybko wypłycamy się, bo nie ma tam nic ciekawego, nawet jednego rekina! Na dziesięciu metrach chyba najpiękniejszy ogród koralowy, jaki tu mogliśmy podziwiać! Lekki prąd niesie nas nad zdrowymi ogromnymi ( 3 metry średnicy ! ) koralami stołowymi w bajecznych pastelowych barwach. Między nimi setki innych jaskrawych gatunków mniejszych korali . I do tego tysiące małych, mieniących się kolorami tęczy rybek, parę żółwi, skrzydlice, wiele muszli i, oczywiście wszechobecne na każdej tutejszej rafie, liliowce. Euforia !!! Lewitujemy urzeczeni. A nasz Toporek pływa bez maski... chce być rybą …  Daję mu pytające znaki. Zadowolony z życia wzrusza ramionami i pokazuje coś, co znaczy jakby - też zdejmij! Moje oczy nie mają ochoty na kontakt ze słoną wodą. A poza tym jest na co patrzeć! Myślę, że może ma uszkodzoną maskę, bo zakłada ją i znowu zdejmuje. Obserwuję go uważnie, bo to jednak trochę dziwne zachowanie. Może spóźniona narkoza azotowa...? a może jest w swoim świecie. I wtedy atakuje go rogatnica. Nie zauważył, że przepływa nad jej gniazdem. W walce  ryba dostała po głowie kamerą, ale od tej chwili nasz Szef już pływa w masce :) Dziwne, cudowne, ostatnie nurkowanie z "Laluni". Wszyscy doznaliśmy euforii głębi na ...10 metrach :)) Później okazało się, że Basia nie mogła wyrównać ciśnienia, więc wróciła na łódź. Wrócił też Toporek, bo zszedł z zakręconą butlą. Kolejny kawał kolegów...? Gdy już ją odkręcił dość głęboko.. wybuchł  wąż od manometru ! Wrócił więc na lodź, założył sprzęt Basi i szybko nas dogonił. A później,  już wiadomo, zaczął się... zachwycać … czyli widział wszystko bez maski … ;) Na powierzchni snurkowały Basia i Ola. Nikomu nie chciało się opuszczać tego przepięknego podwodnego królestwa. Ostatni nur, ostatnia noc na łodzi. Tak szybko minął ten rejs! Czuję wielki niedosyt. Zostałabym na dłużej. Może na dużo dłużej...

 

Portowe życie

Wieczorem próbujemy pocieszać się w porcie LABUAN BAJO. Wiszą tu jeszcze deszczowe chmury, na ulicach kałuże. Zaczyna się pora deszczowa. Magda prowadzi nas na świeże soki do baru "Corner". Po drodze mijamy szklane gabloty na wózkach - to ich najpopularniejsze bufety z szybkim, gorącym jedzeniem. Pełno śniadych, wesołych dzieci, które chętnie pozują do zdjęć. Ulice dziurawe i dosyć brudne, ścieki, głośny ruch samochodów i motocykli bez świateł. Zaglądamy na przybrzeżny targ rybny. Od rana pozostały resztki ryb i warzyw. Fetor jest tak wielki, że choć bardzo chcę zobaczyć ten "folklor", to zawracam po pięciu metrach i uciekam z zatkanym nosem.  W barze okazuje się, że nie ma prądu, więc nie będzie też soków. Pocieszamy się piwkiem przy świecach i robimy śliczne zdjęcia kolejnego zachodu słońca nad portową zatoką. Przy stolikach Rosjanie, Niemcy i ...my. Na drugie piwo wyruszamy pod górę do "Paradiso" - ulubionej knajpki Sama. To miejsce spotkań miejscowych dive masterów i przewodników po wyspie. Piękny widok na zatokę. Chłoniemy jeszcze widok morza, bo jutro już zamienimy się w szczury lądowe i wyruszymy na trzy dni w dziki busz wyspy FLORES. Wyprawa jest zaplanowana przez Olę tylko w ogólnym zarysie. Wszystko się może zdarzyć! Wieczór pożegnalny przy rumie i ze śmiesznymi obrotami w rytmie salsy pod cierpliwym okiem Magdy. I najmniej przyjemne zajęcie - pakowanie bagażu do drugiej w nocy!

 

 

Kamieniołomy

 

Image

 

Jest 13 listopada i piątek. Niezły dzień na rozpoczęcie wyprawy w nieznane ;) Rano Ola przekazała naszą kichającą siódemkę w ręce małego ciemnego człowieczka - przewodnika Gabriela. Zapakowaliśmy się do zabawnie wymalowanego, wyglądającego na dość nowy, busa i wyruszyliśmy w głąb wyspy. Czekały nas 4 godziny jazdy. Droga to jeden wąski pas asfaltu, miejscami wykruszony przez wodę i wielkie ciężarówki, którym musieliśmy ustępować, zjeżdżając na miękkie pobocze nad przepaściami. Nie było zatoczek do wymijania. a wspinaliśmy się coraz wyżej, nad szczyty zalesionych wzgórz. Karkołomna jazda z maksymalną prędkością do 40 km/godz. z przyspieszaniem i gwałtownym hamowaniem przed każdym zakrętem, czyli co 100-200 metrów. Przewodnik nie należał do rozmownych, a nawet wcale się nie odzywał :) Obserwowaliśmy rzadko rozsiane wsie liczące po kilka chat, najczęściej pojedyncze chatki, a przed każdą gromadka dzieci i barwne plamy ubrań suszących się na trawie, na krzewach i płotach. Chatki najczęściej  na palach, ściany z plecionych mat z liści palmowych, czasami w ładne wzory, niektóre z mat bambusowych. Pięknie komponowały się z zielonym tłem buszu. Zgrzyt stanowiły tylko dachy z zardzewiałej blachy falistej. Zdarzały się domki murowane z małych szarych bloczków. Skąd pochodzi budulec zobaczyliśmy przy drodze, a raczej bezdrożu, bo nagle asfalt zniknął, bus bujał się na kamieniach niebezpiecznie pochylając się nad przepaścią, były już tylko kamienie i...ciężarówki. Byliśmy w kamieniołomach. Bezpieczniej było wyskoczyć z auta. Nasi pasażerowie "na gapę" - trzech tubylców zabranych przez przewodnika, "żeby się uczyli" układali pod kołami kamienie. A my przyglądaliśmy się pracownikom przyklejonym do pionowych ścian z szarego miękkiego surowca i odłupujących go metalowymi prętami. Wspinali się po bambusowych drabinkach. Łopatami ładowali urobek na ciężarówki. Kije, łopaty i drabiny to cały ich sprzęt! Gabryś zarządził obiad nad strumieniem. Z kartonu wyjął dla każdego pudełko z ryżem, maleńkim skrzydełkiem i jakimś listkiem. W takich "okolicznościach przyrody" wszystko smakowało egzotycznie. Niektórzy nawet zażyli kąpieli w strumyczku. Robotnicy przerwali pracę i obserwowali nas jak zjawy z innego świata, co było bliskie prawdy :) Zbierało się ich coraz więcej i więcej. Początkowo widzieliśmy tylko kilku pracowników, a po paru minutach było już kilkudziesięciu. Siedząc w kucki, w pozycji małpek, przysuwali się coraz bliżej, nieśmiało uśmiechali i uważnie obserwowali. Wyrastali jak spod ziemi, z buszu, bo żadnych zabudowań już dawno nie widzieliśmy. Wkrótce byliśmy okrążeni przez dziesiątki szczupłych, ciemnych postaci ... Ale ani przez chwilę nie poczuliśmy się zagrożeni, ani śladu wrogości, tylko ciekawość. Niestety, o pójściu "na stronę" nie było co marzyć! A niektórych dopadła już "zemsta faraona"... ;)

 

 

Gabryś w opałach, czyli straszna awantura

Kawałek dalej znaleźliśmy asfaltową ścieżkę. Chwila spokojnej jazdy udało się nawet chwile przespać. Pobudkę dziś mieliśmy przed świtem, o 5 rano! Przebudzenie i zaskoczenie - dalej jedziemy!!! Już godzina 15. Osiem godzin w drodze!!! Toporek wkracza do akcji, kazał zatrzymać auto i stanął nad małym Gabrysiem głośno i groźnie żądając wyjaśnień. Wszyscy otoczyli wystraszonego ( i zaspanego :) winowajcę złowrogo pomrukując. Spaliśmy wszyscy, przewodnik też i wtedy kierowca musiał zbłądzić. Dobrze, że też nie zasnął! Gabryś próbował coś mętnie tłumaczyć, że mieliśmy jechać innym autem. Znalazła się jakaś mapa i miał pokazać trasę i miejsce, gdzie jesteśmy i dokąd zmierzamy. Czytanie mapy nie było jego mocną stroną. Odwrócił ją do góry "nogami" i nie potrafił wskazać trzęsącymi się rękami, gdzie jesteśmy, ani nawet portu Labuan Bajo. Drogi myliły się z rzekami :) A chłopaki tylko pokrzykiwali "uważaj co mówisz"!. Były też telefony ze skargami do Oli, która próbowała załagodzić sytuację i ustalić dalszy plan działania. W końcu Gabryś, z naszą pomocą, odnalazł się na mapie i obiecał, że teraz to już tylko 2 godziny jazdy. Znowu "uważaj co mówisz", bo jak nie, to...! Wyspę przecinała tylko jedna główna droga i niewiele bocznych. Dwie godziny mieliśmy do wioski DENGE, ale nie była to wioska, w której był zaplanowany nocleg. Ta leżała jeszcze co najmniej dwie i pół godziny pieszo pod górę! Tam miała się odbyć ceremonia powitania Nowego Roku. Jednak przewodnik proponował, żebyśmy przespali się w wiosce bliżej położonej, a o świcie ruszyli w górę. Nastroje były bojowe i uznaliśmy, że żadnych zmian, ma być tak, jak było obiecane! Gabryś potulnie na wszystko się zgadzał. Usiadłam obok niego w kabinie kierowcy. Był cały roztrzęsiony. Zrobiło mi się strasznie żal tego małego starszego człowieczka. Wciągnęłam go w rozmowę, żeby jakoś uspokoić. Opowiedział, że bardzo zależało mu, żeby poprowadzić naszą polską grupę. Chciał bliżej poznać naród, w jakim teraz żyje jego bratanek, który jest misjonarzem katolickim i przebywa obecnie w Polsce.  Pewnie bardzo mu w tej chwili współczuł ;) Cała rodzina jest wyznania katolickiego, o czym mieliśmy się już wkrótce przekonać.

 

Świnko, uciekaj!!!

 

Image

 

Teraz już o czasie (lub grubo  po zaplanowanym czasie ) dotarliśmy do wioski, niesamowicie eksploatując busa. To bardzo mocne, dzielne auto marki Mitsubishi, sprawujące się jak terenowe. A w wiosce powitał nas uśmiechnięty nauczyciel otoczony gromadką dzieci. Stał przed ładną, nową drewnianą chatą. To tu Gabryś proponował nocleg. U gospodarza kupiliśmy po ciepłym piwku, poczęstowani zostaliśmy gorącą słodką herbatą, zajrzeliśmy do czystych pokoików z przygotowanymi kolorowymi materacami i nasza wola wędrówki w górę zaczęła słabnąć. Wkrótce miało się ściemniać. Ale dopiero pewien dźwięk zadecydował o pozostaniu na noc... Po garstce ryżu w południe wszyscy już odczuwaliśmy głód. A tu jakaś świnka dała znak "paszczowo", że jest, że żyje!  I w jednej chwili drapieżniki z NOTOTENII postanowili ją zjeść. Gospodarz łatwo zgodził się za 150 $ podać ją na kolację. Została natychmiast odnaleziona pod palmą, gdzie żyła sobie szczęśliwie przywiązana za tylną nogę i konsumowała jakieś owoce i listki. Próbowałam desperacko bronić, by nie została pożarta. Krzyczałam, że się nie dokładam do zapłaty, ale wyrok już zapadł. Ktoś dźgnął ją nożem i zaczął się jej długi i głośny koniec. Nic nie pomogło zatykanie uszu. Cała wieś i okolica juz wiedziała, że przybyli  OBCY groźni mięsożercy. Nasz Gabryś i jego pomocnicy szybko rozpalili ogień, przygotowali rury bambusa do duszenia podrobów i czekali, aż świnka umilknie. Trwało to ze dwadzieścia minut. Baaaardzo długie dwadzieścia minut! Co za partacka robota! A my w tym czasie poszliśmy obejrzeć wioskę. Nauczyciel pochwalił się, że przy pomocy UNESCO zbudował coś, co przypominało kościół, ale było to muzeum, salka szkolna i toalety. Oświetlenie elektryczne! W jego chacie też! Nie było słychać warkotu turbiny, więc pewnie to z baterii słonecznych, które widzieliśmy już gdzieś po drodze. Nauczyciel mówił bardzo słabo po angielsku, niewiele więc mogliśmy się od niego dowiedzieć. Obejrzeliśmy zdjęcia i makietę chaty z wioski, do której jutro mamy dotrzeć. Ten unikat w skali świata nazywa się WAE RUBO. No, no, będzie ciekawie! Podglądaliśmy życie wioski wszędzie miło witani. Mieszkańcy chętnie pozowali do zdjęć. Było tu zaledwie parę chatek rozrzuconych między owocowymi drzewami i krzewami. Widzieliśmy rosnące ananasy, mango, papaję. Znaleźliśmy większą szkołę w barakach na końcu wioski i boisko, gdzie chłopcy, jak wszyscy chłopcy na całym świecie, kopali piłkę. Tymczasem w powietrzu zaczął rozchodzić się smakowity zapach. Część świnki została upieczona nad ogniem, a część uduszona w rurze bambusowej. Jednak smak nie dorównywał zapachowi. Mięso było dość twarde, tłuste, a skóra zwęglona. Jedynie potrawa z rury była niezła. I tak zakończył się piątek, 13 listopada. Dla świnki na pewno pechowo! A dla nas? My mieliśmy wielkie szczęście! Jak się później dowiedzieliśmy od Pabla dobrze znającego mentalność tubylców, mieliśmy wielkie szczęście, że po awanturze z krzykami nad głową naszego przewodnika nie zostaliśmy po prostu porzuceni w buszu. Podobno zdarzały się już takie przypadki. Miejscowi nie są odporni na stresujące sytuacje i reagują wycofaniem się, ucieczką! Tak więc z brzuchami pełnymi wieprzowiny zasypialiśmy na wygodnych materacach, pod moskitierą, słuchając...ciszy. Żadne zwierzę już nie odważyło się odezwać ;)

 

Szczęśliwego Nowego Roku!

 

Image

 

Pobudka o 4.30. Było całkiem ciemno. Zamarłam z przerażenia, gdy zapiał kogut! Czy na obiad mięsożercy zażądają  rosołu?! Kogutku, uciekaj!!! Na śniadanie znowu świnka. Mamy siły, żeby wędrować pod górę. Na granicy wioski pasie się ciemny bawół. Zjemy go na obiad ;) Wąską, stromą ścieżką wchodzimy w busz. Im dalej, tym stromej, a tempo zabójcze. Wspinaczkę umilają nam leniwe głosy budzącej się dżungli, urywane śpiewy ptaków, pokrzykiwania małp. Gabryś pokazuje różne rośliny wykorzystywane w kuchni lub w medycynie ludowej. Wyżej znajdujemy krzewy kawy. Po godzinie chwila na oddech nad wartkim, zimnym strumieniem. A później już tylko bezlitośnie w górę! Choć tak wcześnie, to duszno i parno, brakuje oddechu. A nasze nosy nadal zapchane. Po powrocie niektórzy muszą popracować nad formą.  Ale mocna czwórka dociera do celu pół godziny przed "tyłami"! Najważniejsze, że wszyscy dotarli do wioski. A było warto! W pewnym momencie, gdy już byliśmy bardzo wysoko nad szczytami, nad drzewami, naszym oczom ukazał się niezwykły widok. W oddali, na dużej zielonej polanie sąsiedniej góry, stały cztery chaty, o wielkich stożkowych dachach krytych trzciną lub liśćmi palmowymi,  wyglądające jak kopce termitów. Gabryś zamyślił się i cicho wyszeptał, że za każdym razem ten widok go wzrusza, jest jak marzenie nie z tego świata, z dalekiej przeszłości. To cud, że wioska przetrwała te 400 czy 500 lat! Pierwsze wrażenie  trochę popsuło kilka zwykłych chat krytych blachą, które - jak się później dowiedzieliśmy -  zostały postawione bez pozwolenia. Rząd, przy wsparciu UNESCO, stara się temu zapobiegać, żeby ocalić unikalny charakter kultury tej wioski.    Ale sama wioska sprawiała bajkowe wrażenie. Składała się z czterech dużych chat zbudowanych na planie koła o średnicy około 50 metrów, pokrytych wysokimi na ok.10metrów i sięgającymi prawie do ziemi stożkami dachów z palmowych liści. Ustawione w półkolu, a przed nimi tajemniczy ziemny krąg obłożony kamieniami, wznoszący się metr nad powierzchnią polany. Wnętrze chaty stanowi jedna przestrzeń poprzecinana słupami, na których opiera się skomplikowana kratownica połączona taśmami z włókien roślinnych. Ciekawe jak wyliczyli wytrzymałości belek i węzłów :) Zamieszkały przez kilka rodzin jest tylko pierwszy poziom. Podstawę stanowią pale, a przestrzeń między nimi jest wykorzystana na magazyn. Wioska wypełniona była odświętnie, tradycyjnie ubranymi mieszkańcami i gośćmi. Miejscowi różnili się wyglądem od spotykanych dotąd mieszkańców Flores. Mieli inteligentne ładne twarze o delikatnych rysach, drobne , zgrabne sylwetki i jakąś dumę w postawie. Wszyscy - kobiety i mężczyźni - nosili spódnice, czyli sarongi, na głowach fantazyjnie zamotane chusty (tylko mężczyźni), ale już koszulki wyglądały bardzo współcześnie - zwykłe polo, koszulki znanych sportowych marek lub męskie koszule. Wszyscy przyjaźnie się do nas uśmiechali i witali przez podanie ręki i głębokie spojrzenie w oczy. Zaproszeni zostaliśmy do jednej z chat. Przed wejściem stała starszyzna - kilkunastu starszych mężczyzn - i prawie każdy  witał nas podając prawą rękę, a lewą przykładając do serca i długo patrząc w oczy. Czuło się ich niekłamaną życzliwość i zainteresowanie. Wewnątrz panował półmrok, ale były zapalone dwie gołe oszczędnościowe żarówki! Pośrodku w jednym rzędzie po turecku zasiedli dostojnicy, a my naprzeciwko na poukładanych pod dachem matach. Po drugiej stronie wejścia siedzieli pozostali goście - cztery młode osoby z Australii i ekipa filmowa, chyba z Japonii. Wódz w swoim języku powitał nas przez strasznie warczący mikrofon. Gabryś przetłumaczył, że jest to ceremonia powitania Nowego Roku (14 listopada! mają swoje wyliczenia ;), że cieszą się z naszej obecności i na znak jedności zapraszają nas na wspólny posiłek i arak. I po tym staniemy się jedną rodziną :) Z głośników wyrwała się trzeszcząca, chyba miejscowa, ludowa muzyka. Byliśmy rozczarowani - taka chałtura! Kobiety zaczęły roznosić talerze i misy z ryżem, makaronem i jakąś zieleniną. Wszyscy jedli łyżkami Zapomnieliśmy o "zgrzytach", gdy wodzowie zaczęli nalewać nam po pół szklanki araku z dużej tykwy. Z szyjki tykwy wystawał pęk czarnych włosów - konia, może bawoła, a może wodza? Ale przecież alkohol, a ten był mocny, dezynfekuje ;). Po araku (to mocna wódka z soku i miąższu palmowego o cierpkim smaku) daliśmy się ponieść urokowi ceremonii. Były przemówienia, ale na szczęście niezbyt długie. Czekali, aż Gabryś wszystko nam przetłumaczy. Był z nimi zaprzyjaźniony, poważany i ubrany odświętnie jak reszta. Ku naszej radości głośniki zamilkły  a zabrzmiały instrumenty "na żywo", jakieś bębny, kotły, metalowe talerze. Starszyzna, kapłani, szamani zaczęli wychodzić na zewnątrz, za nimi wystrojone w koronki starsze kobiety, o czarnych i czerwonych od żucia betelu zębach, a dalej my i reszta wioski. Wąską ścieżką wyszliśmy poza wioskę i zatrzymaliśmy się przy stosie poukładanych kamieni o wysokości około metra. Był to ich ołtarz ofiarny. Podobno jest tu praktykowane woodoo! Na kamieniach leżały jakieś liście. Nad nimi rozciągnięto żywego koguta i powoli odcinano mu nożem głowę, kapiąc krwią na listki i kamienie. Następnie odcięto jedno skrzydło i wciśnięto je w nacięty patyk, szepcząc przy tym jakieś zaklęcia. Prosili w ten sposób swoje bóstwa o pomyślność na cały rok. Kobiety podawały mężczyznom do żucia liście i długie na 10 centymetrów cienkie zielone jakby-szyszki. Do tego brudnymi palcami z czarnymi pazurami z małego pudełeczka dokładały odrobinę kiedyś białej kredy. Naszego Pawła porwała moc ceremonii, bo odważył się też "zażyć" i symbolicznie zjednoczyć! (Następnego dnia silna biegunka ;)

 

Podniebna impreza

Wróciliśmy przed chaty na główny plac i zaczęły się rytualne tańce z przyśpiewkami. Czterech pięknie przystrojonych wojowników, z nagimi umięśnionymi torsami toczyło walki "na niby". Osłaniali się skórzanymi tarczami, a atakowali długimi, łukowo wygiętymi batami. Początkowo było dość statyczne, nie tryskali wolą walki, ale z każdą szklanką araku, czy wina palmowego walka nabierała tempa, a śpiewy mocy. Zostałam zaproszona do jednego z dwóch kręgów tanecznych i rytmicznie podskakiwaliśmy w rytm bębnów i innych prostych instrumentów, na których grały kobiety. Poczęstowana też zostałam winem palmowym, ale arak był dużo lepszy! Za "orkiestrą" oprawiano prosiaczka. Szykowała się następna uczta. My jednak z żalem musieliśmy już opuścić gościnną wioskę. Imprezka dopiero się rozkręcała! Ciekawe, jaki był ciąg dalszy? Może lepiej tego nie oglądać... Nas wzywała nowa przygoda!

 

Leśne dzieci

 

Image

 

Zbiegaliśmy tą samą ścieżką w dół, gdy nagle zatrzymał nas niezwykły widok - las wypełnił się... krasnoludkami :) To sobota, więc dzieci wracają do swojej wioski po tygodniu nauki w DENGE i KOMO. Biegły pod górę roześmiane, boso albo w japonkach, a prawie każde niosło na głowie jakiś towar - kanisterki z oliwą do lampek, worki w ryżem lub mąką. Na tak dużej wysokości, na jakiej leży wioska, nie uprawia się ryżu, za to kawa rośnie nawet dziko, więc kwitnie handel wymienny. Tak na oko wiosce nie grozi wymarcie - przyrost naturalny wygląda imponująco! Dzieci szły i szły, może ze sto! Nie ma tu pustych przebiegów do wioski każdy musi coś przenieść …  

 

Wygrzane łóżeczka

Po obiedzie w chacie nauczyciela (znowu ta świnka!) kilka godzin jazdy po kocich łbach. W niektórych miejscach asfalt jest po prostu "zwinięty" przez wodę pędzącą z gór. Zostają duże otoczaki, które musimy podkładać pod koła. Do wioski nad jeziorem w kraterze wulkanu dojeżdżamy w zupełnych ciemnościach. Marzymy już tylko o spaniu. Mamy nocować w trzech eko-turystycznych chatach. Przed każdą pali się jedna żarówka zasilana baterią słoneczną. W pierwszej chałupce przy świeczce przed ołtarzykiem Matki Boskiej, w brudzie i strasznym smrodzie, przysypia starsza kobieta. Uśmiecha się na nasz widok i coś krzyczy. A wtedy z zasłoniętych kotarami łóżek zaczynają wyskakiwać czarne ludziki. Wyskakują i wyskakują. Dużo ich! Zagrzali nam łóżeczka :) Ale my, trochę z litości nad tak brutalnie wypędzonymi z własnej pościeli, a trochę z powodu smrodku, rezygnujemy. Stwierdzamy zgodnie, że już lepiej w busie... W drugiej chałupie jest podobnie i dopiero trzecia, z dużym stołem i paroma krzesłami, oświetlona żarówką wygląda dość "normalnie". Jest jeden pokój z jednym łóżkiem czteroosobowym i drugi z dwuosobowym, z którego też zostaje wyeksmitowanych kilka ciemnych postaci znikających w mroku. Jakoś się pomieścimy... Rozkładam swoją moskitierę i staram się nie przyglądać pościeli, materacom i kątom. Jak dobrze, że ją (moskitierę) zabrałam. Na pewno nie zasnęłabym bez niej ! Rano strząsam z niej różne robaczki :)

 

Wschód słońca nad wulkanem

Godzina 4.30 pobudka. I znowu ostro pod górę zarośniętą ścieżką. Dwóch miejscowych przewodników wycina maczetami busz. Siadamy na trawie na szczycie,  prawie okrągłe jeziorko pod nami, a za nim rozległy widok na wzgórza. Świadomość, że ta woda wypełnia krater wulkanu i ma głębokość 64m, dodaje miejscu atrakcyjności. Słońce wschodzi za naszymi plecami i tylko wzgórki na drugim brzegu są blado oświetlone. Siedzimy cicho i słuchamy mowy dżungli. Śniadanie przepyszne - małe zielone banany i słodkie pataty usmażone w chrupiącej panierce, i jajka na twardo. Czym chata bogata... :) Przyjaźniej patrzymy na otoczenie. Murowany domek otoczony jest ogródkiem z rabatkami kwiatowymi i drzewami owocowymi - mango, papają, bananowcami. Na końcu ogrodu wychodek typowy dla całej Flores - zasłonka z tkaniny, dziura w ziemi, ale zasłonięta ceramiczną kształtką i "wanna" (zwana mandi) pełna czystej wody, wyposażona w czerpak. I zaczęły się pielgrzymki tubylców. Wszyscy chcieli się nam przyjrzeć. Przybiegło całe stadko dzieci i wiele dzieci uczepionych mam i tatusiów. Jedna, bardzo przejęta kobieta przedstawiła się po angielsku, że jest szefową eko-turystyki i przyniosła pamiątkową księgę, do której po kolei się wpisaliśmy. Niewielu turystów tu dotarło! Miejscowi po angielsku potrafili powiedzieć dwa, trzy zdania, ale byli z siebie bardzo dumni :) Żegnają nas serdecznie i ruszamy pieszo do źródełka siarkowodorowego. Pluskamy się w ciepłej leczniczej wodzie i nacieramy całe ciała białą, pachnąca siarką i piekłem, glinką. Miejscowi patrzą na nas jak na ufoludki, gdy wskakujemy do jeziora z kwaśną wodą. Oni nigdy się tu nie kąpią...

 

Jaszczurko, uciekaj!                                          

Drogą wzdłuż jeziorka idziemy w kierunku wodospadu. Szkoda wsiadać do busa. Wędrujemy w cieniu wielkich bambusów i innych liściastych drzew, a wokół nas latają roje motyli o przepięknych barwach. Jest ich wiele gatunków. W przydrożnym strumyku ktoś wypatrzył długiego na metr „lizzarda” (jaszczurka). Oczywiście! Trzeba go zjeść! Rozpoczął się pościg, ale na szczęście instynkt go w porę ostrzegł i szybko zniknął w gąszczu. I drapieżniki z NOTOTENII musiały się zadowolić ryżem na obiad :) Obiadek skromny, ale za to w jakiej scenerii! Pod wodospadem! Woda gwałtownie spada z wysokości paru nastu  pięter po malowniczych skałkach na wielkie głazy, chłodna i krystalicznie czysta. Nad głowami skaczą małpki,  a nas otaczają dzieci. Podchodzą coraz bliżej przyglądając się jak jemy. Są bardzo zdziwione, gdy oddajemy im kilka porcji zawiniętych w liście bananowca. Biorą chyba przez grzeczność. Raczej nie ma tu głodnych dzieci. Pożywienie rośnie dziko w buszu - pełno owoców i jadalnych roślin. Dzieci o nic nie proszą! Nigdzie nie spotkaliśmy się z żebraniem. Wyglądają na szczęśliwe i wesołe. Całą gromadą odprowadzają nas do busa.

 

 

Powrót do cywilizacji i... łazienki :)

 

Image

 

Nastroje mamy doskonałe po relaksujących seansach SPA. To był wypoczynkowy dzień w porównaniu z wyczynami dwóch poprzednich. A w perspektywie łazienka hotelowa w Labuan Bajo. Po drodze jeszcze zatrzymujemy się przy domowej destylarni, żeby zakupić arak. Przed domkiem widać skośnie umieszczoną, parometrową rurę bambusową, z której kapie cenny płyn. Wypełnia plastikowe butelki po wodzie mineralnej. Zakupujemy na pożegnanie z Flores. Koło godziny szesnastej docieramy do hotelu. Hotel "Panorama", wybrany przez Olę, jest pięknie położony, przytulony do skały nad zatoką portową. Zachwycający widok na port i pobliskie wysepki. Każdy pokój z nowoczesną czystą łazienką, balkonem, termosem z kawą i herbatą. Zasłużyliśmy sobie na takie luksusy! "Laluni" nie ma już na kotwicowisku. Następnych szczęśliwców zabrała na safari.

 

Dzika i żywa jaskinia

A Gabryś ma niespodziankę poza programem. Proponuje obejrzenie pobliskiej jaskini. Bez namysłu rezygnujemy (na razie) z kąpieli. Ale tylko dziewczyny. Chłopcy mają poważniejsze zadanie - szybko muszą dokonać degustacji miejscowego napoju, zanim straci moc ;) Parę minut jazdy busem i już jesteśmy pod wysokimi skałami. Na drzewach szaleją małpy. Poza nimi tylko my i nasz przewodnik Lorenzo z wielką latarką. Wąskie wejście między wielkimi skalnymi blokami. Na ścianach przed wejściem skamienieliny, jak płaskorzeźby, ryb morskich, żółwi i koralowców. Kiedyś te skały były pod wodą, później zostały wypiętrzone przez ruchy tektoniczne. Gdy wciskamy się do wnętrza, powietrze zaczyna wibrować. W świetle latarek ożywa duże stado małych nietoperzy. W następnej sali - inny gatunek - dużo większe, może dwudziestocentymetrowe osobniki. Dostrzegamy też kilka wielkich pająków o pięciocentymetrowej rozpiętości łap, nieruchomo przyczepionych do skał. Przechodzimy przez kilka sal pełnych pięknych formacji jaskiniowych. Jest nawet wyraźna postać Matki Boskiej! W księdze pamiątkowej niewiele wpisów. Na szczęście, dla nietoperzy i jaskini, nie jest zbyt popularna wśród turystów.

 

Niespodzianka!

I następna niespodzianka przygotowana przez naszego przewodnika. Chyba nas polubił i wybaczył nasz atak :)  Zaprosił nas na ucztę komunijną bratanicy do domu swojego brata. Cała rodzina jest katolicka. Gabryś nosi krzyżyk, a bratanica występuje w białej sukni. Liczna rodzina wita nas na stojąco. Przedstawiają się ciocie, babcie, wnuki, bratowe, teściowe. Ze dwadzieścia osób dorosłych. I ciągle dochodzą nowe. Nie licząc dzieciarni, która wdrapuje się nam  na kolana. Na środku stół, a na nim misy pełne potraw: ryż, makarony, dużo liści podobnych do szpinaku. Mięsny dodatek to skórki wieprzowe. My i Gabryś siedzimy przy stole, a reszta rodzinki stoi pod ścianami. Gabryś wznosi toast arakiem, dziękuje nam za przyjęcie zaproszenia. Od tej chwili należymy do rodziny! Przemawia też nasz Prezes Maciek  „Toporek”.  Prosimy o kopertę i wypełniamy ją prezentem (składka po 50 000 rupii od głowy) dla świętującej dziewczynki. Częstują nas piwkiem. Jest serdecznie i rodzinnie.

 

 

Taneczne pożegnanie

 

Image

 

Rano, po śniadaniu na balkonie, jedziemy na ostatni punkt programu, na jakieś ludowe tańce. Wiozą nas na pobliską wieś, gdzie witają nas nasi starzy znajomi wojownicy z wysokogórskiej wioski. Jest ich tylko dwóch i są troszkę mniej strojnie ubrani, ale wykonują ten sam taniec z tarczami i batami. Powitanie uderzeniową dawką araku przez kilku starszych panów, panie bębnią na czym popadnie, a młode dziewczyny skaczą przez bambusowe drągi. Niezła balanga od rana :) Gabryś zaprasza nas jeszcze do swojego domu (niedaleko) na mango prosto z drzewa. To ładny tradycyjny domek w dużym ogrodzie. Przy drodze, przy płocie, w kanale, który biegnie przez całą (każdą) wioskę kąpie się kobieta. Owinięta wzorzystą tkaniną, na głowie turban, polewa się wodą z czerpaka. To typowy widok w tych wyspiarskich wioskach. Gabryś sprawnie dzieli mango na części, a pomarańczowy gęsty sok spływa mu po rękach. Przepyszny owoc! I już czas na lotnisko. Żegnamy się z naszym przyjaznym przewodnikiem. Za chwilę znajdujemy jego wielkie zdjęcie w hali odlotów. Widać, że to znana postać na wyspie! Na maleńkim lotnisku znowu problemy z nadbagażem, ale w żartobliwej atmosferze. Jesteśmy ważeni razem z naszymi bagażami. Celnicy żartują, łapią się za głowy, że możemy aż tyle ważyć! Na szczęście za każdy kilogram powyżej 20kg tylko po 10000  rupii (1$) dopłaty. W sali odlotów odwiedza nas (a właściwie Basię, bo to jej osobisty przewodnik ;) Jan - drugi przewodnik. Jest w mundurze służb celnych. Mówi ładnie po angielsku, jego sześciu braci studiuje. Nie może się nadziwić, że my z cywilizowanego, europejskiego kraju mamy problem z językiem angielskim! Na lotnisku czujemy się już swobodnie. Jeden amator puszkowych napojów wyskokowych z naszej NOTOTENII przeskakuje parę razy przez bramkę odpraw do barku, a celnicy z rozbawieniem patrzą na piszczące za każdym razem przejście. Strasznie szkoda odlatywać z tej przyjaznej, już trochę "oswojonej" wyspy, gdzie przeżyliśmy tyle pięknych chwil.

Ale w Denpasar czeka na nas Pablo z nowymi atrakcjami :)

 

Dolce vita!

Pablo wiezie nas do SANUR na wschodnim wybrzeżu Bali. Mamy całe popołudnie luzu. Hotelik jest malutki, ale nowy i nowoczesny. Otacza lazurowy basen z jacuzzi. Tuż obok jest sklepik z ulubionym Bintangiem, więc całe popołudnie leniuchujemy w ciepłej wodzie z bąbelkami. Dopiero głód zmusza nas do działania. W centrum miasteczka znajdujemy restauracyjkę z przepysznie przyrządzonymi owocami morza, a sałatka z avocado i krewetek - poezja! Za ogromne półmiski jedzenia, sałatki, soki, piwo zapłaciliśmy równowartość 20$ za nasza całą gromadkę. Niestety, araku nie dostaniemy, bo kilka dni temu jakiś klient stracił po nim wzrok... Chcieliśmy obejrzeć miasto, poszperać po sklepach, ale w mieście magle zapadły ciemności. Okazało się, że prąd jest często wyłączany. Wyspa ma duże niedobory energii elektrycznej. Wkrótce pojawiły się pochodnie, lampiony, świeczki i miasteczko pokazało swoją urokliwą nocną twarz. Niektóre lokale miały własne zasilanie. Znaleźliśmy taki bar w ogrodzie. Zwabiła nas muzyka na żywo - dwóch gitarzystów grało znane standardy. Zadedykowali gościom z Polandii, wybrany przez nas utwór Jimiego Hendrixa.

Wreszcie nurkujemy!

O siódmej śniadanie do łóżka :) Podjeżdża po nas wygodny, klimatyzowany bus z pobliskiego centrum nurkowego. Jedziemy do ich bazy uzupełnić sprzęt. Centrum jest nowe, profesjonalne i świetnie wyposażone. Z radością znowu zajrzymy pod wodę! Po godzinnej jeździe wysiadamy w PADANG BAY. Pakujemy się na łódź o częściowo krytym pokładzie z dwoma dużymi silnikami na rufie. Jest nas tylko czworo, bo reszta (chłopcy :) wybrała zakupy. Oprócz nas przewodnik, sternik i jeden załogant. Po raz pierwszy trochę buja.  Do tej pory Ocean Spokojny był naprawdę zdumiewająco spokojny! Ale mamy niedaleko - 15 minut do grupy skałek. To MIMPANG. Gdyby nie stadko ośmiu rekinów miejsce nie byłoby warte zapamiętania - słaba widoczność i uboga fauna. Kawałek dalej, przy coraz większej fali zanurkowaliśmy na TEPEKONG. Jednak po cudach Komodo coś jeszcze mogło nas zachwycić. To koralowce stołowe - gigantycznych rozmiarów i bajecznie kolorowe. Pięknie było też między dużymi głazami, gdzie w niszy przy dnie lubią odpoczywać od prądu rekiny. Spotkaliśmy tam jednego półmetrowego malucha. I po raz pierwszy pod wodą spotkaliśmy innych nurków. Naszym niespełnionym marzeniem pozostało spotkanie Mola Mola, ale skończył się już ich sezon. Musimy tu wrócić!

 

Plażowanie, surfowanie, pożegnanie

Dziś już nie ma żadnych obowiązkowych zajęć w programie. Czas wolny. Umawiamy się z Pablem na plażę, gdzie można wykupić lekcje nauki na desce surfingowej. Plaża długa i szeroka, ozdobiona kolorowymi parasolami, leżakami. Od miasteczka oddziela ją pas drzew, pod którymi ukryły się przed słońcem popularne tutaj barki na kołach z gorącym miejscowym jedzeniem. Pablo poleca!  Żywi się tak już wiele miesięcy i nic mu dotąd nie zaszkodziło. Jedzenie kosztuje grosze, za to piwko z lodówek jest dużo droższe. Niektórzy z naszej grupki zalegają na leżakach i w pocie czoła pracują nad opalenizną, którą można będzie pochwalić się w naszym zimnym kraju. Typowi wczasowicze ;) Ale pozostałym jeszcze mało wrażeń! Wypożyczają deski z instruktorami i trenują prawidłową pozycję od pompek na desce na plaży. Szybko opanowują też deskę na wodzie. Wypychani na falę w odpowiednim momencie przez cierpliwego nauczyciela zaliczają pierwsze ślizgi. Dla tych z uszkodzonym kolanem też jest zabawka - to boogie boat, pół deski surfingowej. Opiera się na niej górną część ciała i, w odpowiednim momencie "dosiada" fali i pędzi na jej grzbiecie aż na plażę. A jaki przy tym wspaniały masaż, zwłaszcza nóg :) I bezpiecznie dla kończyn! Szaleliśmy tak przez kilka godzin. Plażowicze skarżyli się, że nie mają chwili spokoju, bo co minutę ktoś chce coś sprzedać, a to owoce, słodycze, lody, ozdóbki. Ale najgorszy był sprzedawca łuków. Co kilka minut podchodził i niezmiennie pytał: Chcesz łuk? Nie chcę. Ale zobacz jaki piękny łuk. Chcesz łuk! Nie chcę! I za chwilę: Chcesz łuk? I od początku ten sam dialog :) W końcu trzeba było uciekać przed palącym słońcem, które nawet pod parasolem parzyło. Nasz Rysio-myśliwy dostał propozycję wzięcia udziału w widowisku - narodowym sporcie Indonezyjczyków - walce kogutów. Gdy wędrowaliśmy przez miasto, uwagę naszą zwróciły plecione klatki pełne niewielkich kogutków. To one są przyuczane do krwawych walk i te najlepsze osiągają wysokie ceny. Pablo mógł załatwić tylko jedną wejściówkę. Rysiu się zapalił, ale okazało się, że walki odbędą się w innym terminie. Nas już nie będzie.  A następnego dnia mieliśmy znowu czas do południa, bo samolot odlatywał dopiero wieczorem. I znowu "męczyliśmy" deski, mimo zakwasów. Udało się też znaleźć przy plaży trochę drobiazgów na prezenty. I,  niestety, nadszedł czas na pożegnanie z Indonezją, ze wspaniałymi ludźmi, których tu poznaliśmy. Terima kasi, Indonezjo! Dziękujemy! Odpowiedzieliby pewnie miękko - "sama sama" :) w swoim pięknie i łagodnie brzmiącym języku, oddającym ich naturę i charakter. Wracamy do Polski pełni cudownych wrażeń, opaleni i ogrzani przyjęciem ubogich, ale szczęśliwych i przyjaznych mieszkańców tych malowniczych, mających wiele do zaoferowania wysp.

 

Image 

 

Udało się nie tylko zrealizować cały zaplanowany program wyprawy. Dużo cenniejsze było to, co już jest normą na wyjazdach NOTOTENII - atmosfera! Wspaniała, koleżeńska!

Żal tylko, że nie było tu z nami wielu innych członków klubu...

 

Do zobaczenia na innych udanych wyprawach!

 

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Klub wypraw nurkowych, Nurkowanie Kraków, Bochnia, Tychy, Busko Zdrój, Kazimierza Wielka, Nowy Sacz, Oswiecim, Tarnow. Turystyka nurkowa - Organizujemy safari nurkowe, Egipt Chorwacja, inne kraje. Kursy nurkowania, szkolenia nurkowe, CMAS, IANTD, PADI, Wypożyczalnia sprzętu nurkowego, nabijanie butli nurkowych. Nurkowania na Zakrzówku, nurkowania w Jaworznie, nurkowanie na koparkach. Tanie nurkowanie. Safari w Egipcie. Wraki północne. Nurkowanie Egipt.